Be my Valentine!

Pamiętam przesympatyczne szkolne czasy, w których dostawałam papierowe walentynki od moich kolegów. Wtedy nie myślałam o tym dniu jak o kolejnym przejawie rozwijającej się komercji. Mając kilkanaście lat to były małe, szczere gesty sympatii, nie wymagające wydania więcej niż 70 groszy na kartkę lub lizaka. A radość z ich otrzymywania pamiętam do dzisiaj.
Z czasem, gdy ktoś wpadł na pomysł jak świetne źródło dochodu można zrobić na naszych emocjach, przestałam się tym dniem zachwycać. Dziś całkowicie odstrasza mnie 19 seansów "5o twarzy Greya" w ciągu jednego dnia, jakby każda para na świecie w walentynki musiała ten film obejrzeć. Z przekory nie obejrzę. Chciałam kupić wiosenne hiacynty - nie znalazłam w całej dużej kwiaciarni jednej sztuki, która nie miałaby czerwonej wstążeczki, czerwonej doniczki lub plastikowego serduszka wetkniętego między liście. Kupiłam tulipany.
Wiem, że może to brzmieć jak hejt serduszkowego święta miłości. Naprawdę nim nie jest. Jestem wielkim zwolennikiem przeżywania - sama emocji mam w sobie więcej niż mądrości. Więc każda okazja, która powoduje skokowy dopływ endorfin jest dla mnie warta pielęgnacji.
Dlatego kupiłam sobie szpilki. Czerwone. 2015.02.13_42

2015.02.13_43

2015.02.14_01

2015.02.14_02

2015.02.14_04

2015.02.14_05

2015.02.14_06

2015.02.14_07

2015.02.14_08

2015.02.14_09

2015.02.14_10

2015.02.14_11

2015.02.14_13

2015.02.14_16

2015.02.14_17

2015.02.14_20

2015.02.14_21

2015.02.14_23

2015.02.14_24

2015.02.14_27

2015.02.14_28

2015.02.14_29

2015.02.14_30

2015.02.14_33

2015.02.14_34

2015.02.14_35

2015.02.14_37spódniczka i szpilki: Simple | skórzana kurtka: Mango | koronkowe body: Oysho

Zdjęcia: Kinga i Marcin Malinowscy www.whiteberry.com.pl