Kosmetyki nietestowane na zwierzętach – zakupy cruelty-free

W poście o kosmetykach nietestowanych na zwierzętach opisuję swoją historię świadomości kosmetycznej, pokazuję mój pierwszy haul kosmetyczny w duchu cruelty-free, podaję listy marek testujących i nietestujących na zwierzętach. Wszystko, co chcecie wiedzieć o kosmetykach nietestowanych i testowanych na zwierzętach, a boicie się zapytać ;-)

Początek

Styczeń 2019 stał się dla mnie przełomowy w kwestiach kosmetycznych. Miesiąc temu opublikowałam post ze swoją roczną historią kosmetyczną. A dwa dni po nim wpadłam na materiały dotyczące testów na zwierzętach. Moje podejście do kosmetyków wywróciło się z miejsca do góry nogami. Gdybym Denko 2018 przygotowywała dziś - wyglądałoby inaczej. Ale do tego wątku jeszcze wrócę.

Do zgłębienia tematu testów na zwierzętach zainspirowała mnie Juszes - youtuberka, weganka. Przypadkiem trafiłam na jej film o testowaniu kosmetyków na zwierzętach i wsiąkłam. Justyna zostawiła mnie z otwartymi ze zdziwienia ustami, mokrymi oczami i podwyższonym ze złości ciśnieniem. Od tego przełomowego dnia minęło już trochę czasu, więc zdążyłam się nieco uspokoić. To dobrze - ten post pisany w skrajnych emocjach byłby niegrzeczny, a nie o to mi chodzi.

Zanim przejdziecie dalej - kliknijcie, proszę, w materiał Justyny, bo nie powielam informacji, które tam przekazuje. A wie więcej niż ja. To dwudziestominutowy monolog.

Nie miałam świadomości, że testy na zwierzętach to codzienność, że przeprowadza się je na psach i kotach, że są niepotrzebne, niemiarodajne, drogie, okrutne, że większość półek w drogeriach zajmują kosmetyki testujących koncernów, że zakaz testów na zwierzętach w Europie w praktyce nikogo nie chroni... Nie miałam świadomości, że kosmetyki nietestowane na zwierzętach to nie jest norma! Myślałam, że żyjemy w cywilizowanych czasach, gdzie nowoczesne laboratoria przy użyciu przełomowych testów invitro, czy testów na sztucznych skórach sprawdzają, co dla nas najlepsze. Myślałam, że okaleczanie zwierząt - aplikowanie im drażniącej chemii na oczy i zranioną skórę to jakieś plotki albo przestarzałe praktyki w zapyziałych azjatyckich nielegalnych fabrykach.

Jestem wrażliwa i tematy prospołeczne, proekologiczne mnie poruszają. Publikując w styczniu wielki post ze zużytymi kosmetykami wydawało mi się, że osiągnęłam już dużo. Bo wiem, co to ruch zero waste, bo kupuję coraz więcej produktów organicznych, bo sprawdzam składy i unikam wątpliwej chemii,  bo wybieram marki oferujące produkty naturalne, nieszkodzące środowisku, bo recyklinguję puste opakowania, bo zużywam produkty do końca, bo zakręcam wodę przy myciu zębów, bo wspieram polskie marki, bo ograniczam plastik, bo ograniczyłam mięso, bo kupuję tylko to, czego potrzebuję... Wydawało mi się, że moja konsumpcja zbiega ku ideałowi. Okazało się, że nie uwzględniłam jeszcze bardzo ważnego czynnika - testów na zwierzętach.

Temat nie jest prosty, ciężko dojść do wiarygodnych źródeł informacji, media nie poruszają tych niewygodnych i finansowo nieopłacalnych tematów, brakuje obiektywnych norm certyfikacji i przepisów. Ale jeśli wykaże się minimum zainteresowania, jeśli wyjdzie się z pierwszego szoku, że WSZYSTKO jest testowane na zwierzętach, to przestawienie się na produkty nietestowane na zwierzętach staje się bardzo satysfakcjonującą przygodą :)

Dobra, zacznę mowić o konkretach. Bo na mnie konkrety zrobiły te przełomowe wrażenie.

Marka jest cruelty-free gdy:

  • sama nie testuje swoich kosmetyków na zwierzętach,
  • takich testów nie zleca firmom zewnętrznym,
  • sprawdza czy jej dostawcy nie testują na zwierzętach,
  • nie sprzedaje swoich kosmetyków w Chinach - bo tamtejsze prawo nakazuje (!) testy na zwierzętach wszystkim firmom, które nie produkują, a importują do Chin swoje kosmetyki. Przykładem może być firma Nars, której filozofia opierała się na braku okrucieństwa, ale zdecydowali się wejść ze sprzedażą swoich kosmetyków do Chin, co automatycznie pozbawiło ich statusu cruelty-free. Argumentacja, że los zwierząt jest dla nich ważny przestaje być wiarygodna, gdy wybiera się na biznesowego kompana tak okrutny rynek, jak chiński.
  • nie ma nad sobą marki-matki, która testuje na zwierzętach. Ten punkt jest sporny, wyjaśnię dlaczego. Za przykład mogę podać markę Too Faced (nietestującą) należącą do koncernu Estee Lauder (testującego) i markę Urban Decay (nietestującą) należącą do koncernu L'Oreal (testującego). Pojawiają się uzasadnione wątpliwości, czy wymienione marki Too Faced i Urban Decay warto wspierać, czy raczej wyrzec się ich za posiadanie nad głową nieetycznej firmy-matki? Jedna strona dyskusji wychodzi z założenia, że kupując produkty marki należącej do dużego testującego koncernu dokładamy się finalnie do jego potężnego budżetu, w tym do testów na zwierzętach. Druga strona oponuje, że wspierając właśnie te pojedyncze marki, które mimo wykupienia utrzymują swój status, pokazujemy koncernom, czego chcemy, kreujemy popyt na cruelty-free. Ja sama mam w tym sporze liberalne poglądy i uważam drugie podejście za lepsze, rozwojowe. W tym kroku nie odcinamy się wyłącznie od złych praktyk, ale pokazujemy jakie praktyki są dobre i pożądane. Ale te rozważania, jak wszystkie inne natury moralnej, należy zostawić do indywidualnych rozważań. Ja pewnie w pierwszej kolejności i tak wybiorę kosmetyki, co do których nie mam wątpliwości etycznych, ale nie zamykam się na sporne wyjątki typu Too Faced i Urban Decay. Inne analogiczne marki nietestujące, ale z testującą firmą-matką, to m.in. Dermalogica, bareMinerals, Becca, Burt's Bees, Hourglass, NYX, Smashbox, Tarte.

Kosmetyki cruelty-free nie są tożsame z kosmetykami wegańskimi. Produkt klasyfikuje się jako wegański, gdy w składzie nie ma składników pochodzenia zwierzęcego (np. mleko, jogurt, jad pszczeli, wosk pszczeli, lanolina, miód, śluz ślimaka, karmin). Marki, zarówno testujące, jak i nietestujące na zwierzętach, mogą mieć w swoim asortymencie produkty wegańskie. Powiedziałabym, że używanie kosmetyków wegańskich to wyższy stopień świadomości niż używanie kosmetyków cruelty-free. Ja do rasowego weganizmu jeszcze nie dosięgam. Za bardzo kocham miód, skórzaną galanterię i włoskie sery. Ale nie wiem, co się ze mną stanie w przyszłości. W tym poście i na razie w życiu nie będę skupiała się na kosmetykach wegańskich (bo to dla mnie na dziś za dużo), tylko na cruelty-free.

Mało jest wiarygodnych źródeł wiedzy o kosmetykach nietestowanych na zwierzętach.

Strony internetowe producentów, profile marek w mediach społecznościowych, opakowania kosmetyków nie są wiarygodnym źródłem informacji. W tych miejscach można kłamać, nawet jak się jest dużą marką, naprawdę. To tylko narzędzia marketingowe.

Nie wszystkie certyfikaty umieszczane na opakowaniach są gwarancją jakości i etyki. Znak z króliczkiem można kupić lub samodzielnie zaprojektować, to tylko grafika. Sama nie wiem, którym znakom można zaufać, więc do każdego podchodzę z ograniczonym zaufaniem. Na przykład na suchym szamponie Batiste znalazłam przed chwilą szczęśliwego króliczka, a z moich źródeł wynika, że marka jest testująca. Tyle w temacie.

zrzut-ekranu-2019-02-07-o-10-19-47W Polsce wiarygodnym certyfikatem jest „V dla Wegetarian i Wegan” - znak ekologiczny przyznawany przez Fundację Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt – Viva! Symbol ten mogą otrzymać produkty, które są w 100% roślinne, nie zawierają żadnych składników pochodzenia zwierzęcego i nie są testowane na zwierzętach na żadnym etapie produkcji. „V dla Wegetarian i Wegan” można znaleźć na chemii domowej, kosmetykach, produktach spożywczych. Znak przyznawany jest nieodpłatnie na rok, po czym produkt przechodzi kontrolę, jeśli chce znak zatrzymać. Ja ufam tej procedurze.

Warto zaufać też zapaleńcom tematu, którzy prowadzą czasochłonną korespondencję mailową z markami, by uzyskać jej pisemną deklarację ws testów na zwierzętach. Tylko taka pisemna deklaracja, otrzymana od osoby decyzyjnej, zarządzającej marką, jest wiążąca. Efekty tej mozolnej pracy zbierane są w listy i artykuły i publikowane na blogach. To wartościowa inicjatywa i działka internetu, którą śledzę z ciekawością.

W tej materii najbardziej lubię i ufam blogowi logicalharmony.net (anglojęzyczny, tworzony głównie na rynek amerykański) i kanałowi na You Tube, którego autorką jest ta sama osoba - Tashina Combs.

W polskim internecie wiarygodnym i aktualizowanym źródłem na temat kosmetyków testowanych i nietestowanych na zwierzętach jest www.happyrabbitblog.pl i grupa na facebooku "Kosmetyki bez okrucieństwa Cruelty Free/Vegan Cosmetics". Ta grupa to efekt dużej pracy i pasji, w pełni jej ufam i polecam jako źródło wiedzy. Ale w moim odczuciu jest dość trudna i hermetyczna. Główny temat jest tam traktowany bardzo poważnie, a restrykcyjność administratorów może zabierać laikom chęć dopytywania i doszkalania. Dla mnie jest pragmatycznym źródłem wiedzy, niestety bez wartości dodanych, jak poczucie solidarności, wsparcie i dobre wibracje. Ale to kwestia moich osobistych oczekiwań, przewrażliwienia i problemu z dostosowywaniem się. Dlatego grupy na facebooku nie są moim ulubionym medium. Ale to oczywiście subiektywizm.

Każde z podanych wyżej źródeł tworzy trzy listy: marek testujących, nietestujących i tzw. szarą listę, na którą trafiają marki "niezdiagnozowane" - te, które urywają korespondencję, nie odpowiadają przekonująco na pytania, itp. Ważne jest aby aktualizować swoją wiedzę, bo statusy marek się zmieniają.

Unikałabym czytania artykułów o tej tematyce na popularnych portalach, które żywią się łatwymi klikami, bo ich autorzy, często poznający temat po łebkach, potrafią wprowadzić w błąd nieaktualnościami. Jeśli się znasz na tej działce i wyłapałeś, że przekłamuję fakty w którymś miejscu tego posta - proszę o komentarz, douczę się, zależy mi.

Przystępny masowo, bardziej lifestylowy wegański przekaz w polskim internecie proponuje wspomniana już Juszes. Warto zajrzeć też do Karoliny Sobańskiej i Agi Stachurskiej.

Robię przegląd i bardzo żałuję, ale w polskim internecie naprawdę niewiele jest miejsc o tematyce cruelty-free, które byłyby dla mnie atrakcyjne. Jeśli już coś się pojawia, to w formie mało zachęcającej, brzydko podanej, nieprzystępnej. Czuję, że to nie robi dobrze przedmiotowemu tematowi.

Materiały uświadamiające o testach na zwierzętach to promil w zestawieniu z treściami typowo komercyjnymi zalewającymi codziennie sieć - ale to już dygresja. Kosmetyczne treści komercyjne są wymuskane, kolorowe, z dużymi budżetami, a treści wartościowe, uświadamiające realizuje się po kątach internetu, bez budżetów, bez promocji, ledwie utrzymując je na powierzchni zainteresowania. Tak tylko mówię, bo wyczuwam niszę ;-)

Konkrety!

Kto testuje na zwierzętach?

Wymienię kilka popularnych marek testujących na zwierzętach, żeby zakreślić skalę zjawiska:

Always, Ariel, Astor, Aquafresh, Avon, Aussie, Axe, Balenciaga, Benefit, Bioderma, Biotherm, Bobbi Brown, Burberry, Bath & Body Works, Batiste, Bumble & Bumble, Carmex, Collistar, Caudalie, Calvin Klein, Chanel, Chloe, Clarins, CHI, Clinique, Colgate, Colgate-Palmolive, Coty, Clean&Clear, Clearasil, Cetaphil, Calgon, Diesel, DKNY, Dior, Donna Karan, Davidoff, Dolce&Gabanna, Dove, Dr. Jart, Durex, Duck, Elizabeth Arden, Eisenberg, Elie Saab, EOS, Escada, Estee Lauder, Eucerin, Finish, Fendi, Garner, Gillette, GlamGlow, Gucci, Guerlain, Givenchy, Giorgio Armani Beauty, ...

Idąc alfabetem doszłam zaledwie do litery G. Jeśli w tym miejscu jesteście w szoku, przejrzyjcie resztę listy podlinkowanej powyżej - jest tam tylko gorzej. Po jednym spojrzeniu moje nastawienie do wielu marek przewróciło się na lewą stronę.

Gdy dowiedziałam się, kto testuje na zwierzętach (pierwsze wrażenie - wszyscy!), byłam wściekła i przerażona, że nie będę miała czego kupować. Bo przecież - co się zobaczyło, to się nie odzobaczy i nie chcę dłużej wspierać złych praktyk, ale... czego ja teraz będę używać do mycia, sprzątania i makijażu?! Kasztany do prania to nie moja bajka. A wszystkie moje kolorowe kosmetyki stojące w łazience należą do nieetycznych koncernów...

Ten strach nie trwał długo, bo po "jaśniejszej" stronie znalazłam wielu lubianych producentów. Bardzo szybko doszłam też do przekonania, że zużyję zapasy kosmetyków, które już mam, mimo ich nieetycznego statusu. Wyrzucenie niezużytych i zastąpienie ich nowymi popchnęłoby moją konsumpcję, namnożyło śmieci, zaszkodziło środowisku, nikogo nie uratowało. Koncerny przecież już dostały pieniądze za moje kosmetyki. Tą decyzją zyskałam na czasie. Na spokojnie żyjąc, zużywając to, co mam i planując większe zakupy - pierwsze w duchu zasady Cruelty Free ♥ O tych zakupach opowiadam na końcu postu.

→ Przecież w Europie jest zakaz testowania na zwierzętach - podniosą się głosy. W Europie tak, ale marki testujące mają swoje siedziby, laboratoria i fabryki na całym świecie, gdzie zakaz ten nie obowiązuje. Dla marek testujących jest to niezawodny, dezorientujący argument w dyskusji, którym łatwo mydlić oczy niedociekliwym.

Jakie marki nie testują? Gdzie kupić kosmetyki nietestowane na zwierzętach?

Większość popularnych marek kosmetycznych dostępnych w drogeriach niestety testuje na zwierzętach. To szokujące i smutne, jak wiele ich jest. Ale nie wszystkie! Tych wolnych od okrucieństwa jest więcej, niż się może w pierwszej chwili wydawać.

Producenci nietestujący sprzedają swoje kosmetyki w tych samych drogeriach, co testujące koncerny. Nie trzeba ich specjalnie szukać, jeździć na targi i ściągać zza granicy. Jak spojrzycie na moją listę nietestujących ulubieńców, to wyłapiecie bez trudu swoje ulubione, popularne marki. I gwarantuję, że za chwile spojrzycie na nie jeszcze milej, z nowym szacunkiem i chęcią wspierania. Kosmetyków w sklepach jest tak dużo, że narzucenie na siebie ograniczenia można potraktować jak wybawienie. Gdy uznacie, że odrzucacie nieetyczne koncerny, okaże się, że zamiast stu szamponów, do wyboru macie tylko dziesięć. To uwalniające. Dla mnie szukanie ideałów wśród kosmetyków jawi się jako ekscytujące doświadczenie. Istnieje też szansa, że poznać nowe, może mniej popularne marki. Mam to szczęście, że niewiele wiem o kosmetykach w ogóle, że nie mam swoich wieloletnich ulubieńców, że od niedawna interesuję się pielęgnacją i makijażem. Mogę zacząć wszystko od nowa, już z nowymi założeniami. Wystarczy znaleźć w internecie listę marek cruelty-free, której zaufacie, wybrać z niej kilku ulubionych producentów i konsekwentnie kupować ich kosmetyki. W ten sposób będziecie cruelty-free. Jeśli chcecie :) Bo przecież nic nie musicie.

Przejrzyjcie listy marek nietestujących. Chociaż dla ciekawostki. One stoją na półkach w Rossmannie, Naturze, Hebe, Sephorze i Douglasie. Może na najbliższych zakupach z pełną świadomością i satysfakcją wybierzecie kogoś z listy poniżej zamiast powyżej? ;-)

Wiarygodna lista producentów kosmetyków, którzy nie testują na zwierzętachlogicalharmony.net/cruelty-free-brand-list

Lista moich ulubionych marek, które nie testują na zwierzętach:

projekt-bez-tytulu-2

źródło: opracowanie własne, stan wiedzy o kosmetykach cruelty-free na dziś, 8 lutego 2019

→ Argumentacja, że kosmetyki cruelty-free są drogie i trudno dostępne, nie ma racji bytu. Na etycznych listach znajdują się tanie i łatwo dostępne marki oraz te bardziej specjalistyczne i te premium. Czyli analogicznie jak na całym rynku kosmetyków. Świetnym przykładem niedrogich i łatwo dostępnych marek są wszystkie marki własne Rossmanna. Moją ulubioną Alterrę odkryłam rok temu, gdy zaczęłam interesować się składami kosmetyków i szukać tych naturalnych, bez agresywnej chemii, ekologicznych. Alterra wypadała już wtedy bezkonkurencyjnie. Dziś wypada dla mnie jeszcze świetniej, bo dowiedziałam się, że nie robi nikomu krzywdy.

W polskich markach, takich jak Vianek, Biolaven, Sylveco, Make Me BIO, Yope, Resibo, Orientana, Nacomi, Iossi, Mokosh, Ministerstwo Dobrego Mydła, Hagi, Only Bio - świetne naturalne składy idą w parze z szeroko rozumianą etyką. Są dostępne w wielu stacjonarnych i internetowych drogeriach.

Tania, polska i łatwo dostępna Ziaja też jest od zawsze cruelty-free.

Tołpa - jak za nią przepadam mówiłam w ostatnim Denku. Nie zawiodła mnie i tym razem. Mam ochotę wspierać ją jeszcze intensywniej. A jest to możliwe, bo asortyment ma ogromny. ps Pamiętacie, jak pisałam w styczniu, że nie widzę różnicy pomiędzy płynem micelarnym Tołpy i Garniera? Już widzę. I z tych dwóch wybieram Tołpę.

A jeśli dopada Was rozpacz, że decydując się na cruelty-free nie kupicie już nic luksusowego do makijażu dla siebie lub na prezent, to śpieszę zapewnić, że Kat Von D, Anastasia Beverly Hills, Jeffree Star, Charlotte Tilbury, Lime Crime, the Balm, Stila, Nabla, Milani, Colourpop, Marc Jacobs Beauty, Pixi są cruelty-free.

Clochee, Alkemie, Bandi, Pat&Rub to droższe marki pielęgnacyjne, które od dawna przykuwały moją uwagę. Teraz cenię je jeszcze bardziej niż wtedy, gdy świat kosmetyczny nie miał przede mną ograniczeń. Stworzyłam sobie racjonalne powody by odkładać na nie hajs.

Czy czuję się ograniczona, że wybieram ideę cruelty-free? Ani trochę. Świat kosmetyków daje mi przecież duży wybór. Z roku na rok większy. Ja z niczego nie rezygnuję, tylko zastępuję. Nie rezygnuję z przyjemnej i jakościowej pielęgnacji i makijażu, tylko zamierzam wybierać do nich inne produkty. Inne, nie gorsze. Asortyment marek nietestujących jest ogromny, nie jesteśmy skazani na krem Nivea i mydło Fa. Wybierając z półki markę nietestującą podkreślam swoją świadomość i mam z tego wielką satysfakcję.

ALE...

Jest kilka "ale", z których jeszcze nie wiem, jak wybrnę. Może nawet nie wybrnę. Nie wyobrażam sobie na dziś zrezygnować z

  1. maszynek do golenia Gillette,
  2. niezawodnych produktów do moich wymagających włosów (Kerastase, Matrix, silikonowych mgiełek Gliss Kur, itp),
  3. perfum.
  4. Myślę, że trudniejszym zadaniem będzie też znalezienie satysfakcjonujących antyperspirantów, chemii domowej do prania i sprzątania, produktów "jednorazowej higieny osobistej". Ale może panikuję na zapas.

Wiem na pewno, że będę się starała. Nie chcę składać deklaracji, ani zamykać się w definicjach. Na całkowity weganizm od jutra się nie porywam. Nie będę też bojkotować koncernów farmaceutycznych. Nie wyrzucę skórzanych butów. Nie chodzi o to, żeby z marszu wpaść w obsesję (choć pierwsze dni nowej świadomości były u mnie szaleństwem i obrazą na świat). Chodzi o to, żeby mieć świadomość, nie dać się oszukiwać i wybierać wszystko w zgodzie ze sobą. Można to robić micro krokami. Mojej nieświadomości na temat okrutnych testów na zwierzętach nie anuluję. Niewiedza usprawiedliwiała mnie przez 30 lat. Ale od chwili, gdy został mi uświadomiony problem, nie mam żadnej wymówki, żeby nie próbować się zmienić. Każdy kolejny wybór kosmetyku w Rossmannie pozostanie naznaczony nową wiedzą. Uważam, że te codzienne przyziemne wybory mogą zrobić najwięcej dobrego. Może nie uda mi się zrezygnować z kupna perfum Chanel raz na dwa lata, ale na pewno uda mi się kupić raz w miesiącu żel pod prysznic zgodny z moimi wartościami. Każdy wybór Tołpy i Isany zamiast Adidasa i L'Oreal ma znaczenie.

Jeszcze jeden temat wymaga mojego komentarza - Projekt Denko 2018, który opublikowałam chwilę temu. Gdybym miała dzisiejszą wiedzę, gdy go opracowywałam, wyglądałby inaczej, to oczywiste Ale nie miałam tej wiedzy, więc nie będę się biczować. Kosmetyki, które zużyłam i tak bym zużyła - ponieważ z założenia nie marnuję zasobów, zużywam do końca to, co kupuję. Tak jak prawo nie działa wstecz, tak samo moja wiedza nie zadziała wstecz. Kto czytał post ze stycznia - znalazł w nim 37 kosmetyków, które polecam. Dziś, po nałożeniu na nie filtra, przez który przechodzą marki cruelty-free, poleciłabym z czystym sumieniem tylko jedną trzecią z nich:

  • CF Tołpa dermo face, physio. Płyn micelarny do mycia twarzy i oczu (tolpa.pl 25zł/200ml)
  • CF Tołpa dermo face, rosacal. Żel micelarny do mycia twarzy i oczu (empik.com 24zł/150ml)
  • CF Tołpa green olis, matowienie. Orzeźwiający żel peelingujący do mycia twarzy (tolpa.pl 17zł/150ml)
  • CF Dermalogica, special cleansing gel (dermalogica.pl 140zł/250ml)
  • CF Dermalogica, multi-active toner (iperfumy 64zł/50ml)
  • CF Make Me BIO, woda różana (internet 15zł/100ml)
  • CF Orientana, bio serum do twarzy, witamina c & morwa biała (internet 50zł/30ml)
  • CF Dermalogica, hydrablur primer (internet 250zł/22ml)
  • CF Urban Decay, Eyshadow Primer Potion, kolor Eden (Sephora 105zł/10ml)
  • CF Yope, naturalne mydła w płynie do rąk (internet 12zł/500ml)
  • CF Resibo, odżywczy balsam do ciała (resibo.pl 59zł/200ml)
  • CF WhiteON, Enzyme White, pasta do zębów (Rossmann 18zł/75ml)

Nastawiam się, że w kolejnym Denku umieszczę już tylko kosmetyki wolne od okrucieństwa. Mimo że przez jakiś czas zużywać będę również te nieetyczne. Co wolicie? Jak myślicie? Recenzować wszystkie, czy już przefiltrowane, docelowe, nietestowane?..

Na koniec moje pierwsze kosmetyczne zakupy cruelty-free. Uzupełniłam swoje bieżące potrzeby kosmetyczne po raz pierwszy uzbrojona w nową filozofię. Przed Wami karton z mintishopu, drobiazg z Zalando i niezwykła chemia domowa polskiej marki.

kosmetyki-cruelty-free-zakupy-martaguzowska.pl-1

kosmetyki-cruelty-free-zakupy-martaguzowska.pl-0Zdjęcie zamówienia z mintishopu. Pierwszego zamówienia kosmetycznego po przejściu na nową stronę świadomości. Mimo starań, do mojego koszyka wpadły dwa produkty testowane - korektor z Make Up Revolution i gratisowa mgiełka Lumene. Zużyję, oczywiście. Ale w przyszłości skupię się jeszcze bardziej na selekcji. Drogerie internetowe są moją ulubioną formą robienia zakupów - nie wpadam w histerię, że muszę coś szybko wybrać, planuję zakupy z wyprzedzeniem, kontroluję budżet, wiele marek mam dostępnych w jednym miejscu. To nie jest post sponsorowany, a szkoda.

kosmetyki-cruelty-free-zakupy-martaguzowska.pl-4

W ramach przerywnika - odkryłam na Zalando dział Beauty i zamówiłam z niego pierwszą rzecz - maskarę Large Lash z Pixi. Kosmetyki pakowane są w wielorazowe kosmetyczki, za co plusik. Pixi to bardzo popularna w amerykańskim świecie marka cruelty-free, u nas chyba jeszcze niedoceniana. Dostępna też w Sephorze, ale w dużo skromniejszym asortymencie (32 sztuki) niż na Zalando (155 sztuk). Jestem zachwycona filozofią, designem, ofertą i mam rozbudzony apetyt na więcej. Kosmetyki wyglądają pięknie, w większości mają wegańskie składy (np. ta maskara ma). Z wartości dodanych zawiera panthenol, witaminę E i ekstrakt z bambusa, nie jest perfumowana, nie zawiera parabenów. Polecałam ją już na grupie na fb - "Kosmetyki bez okrucieństwa" jako dobrą dla wrażliwych oczu - sprawdzone. Ogromna klasyczna szczoteczka daje bardzo naturalne wykończenie na rzęsach - idealne na co dzień, bez nuty sztuczności i przerysowania. Nie odbija się na powiekach, uwielbiam ją za to, że po malowaniu nie muszę robić żadnych poprawek patyczkami kosmetycznymi. Wszystko mi w niej działa. To mój początek z Pixi. Ale już dziś chcę ją polecać.

W ogóle Zalando mnie zachwyca swoim działem Beauty. Posiada spory wybór marek cruelty-free, m.in. Dr Bronner's, the Balm, Real Techniques, Gosh Cosmetics, Spectrum Collections (pędzle), ELLIS FAAS, Weleda i wspomniane Pixi. Będę tu w miarę możliwości kierować swoje kroki zakupowe. #zalandostyle

kosmetyki-cruelty-free-zakupy-martaguzowska.pl-5

kosmetyki-cruelty-free-zakupy-martaguzowska.pl-6

kosmetyki-cruelty-free-zakupy-martaguzowska.pl-8

Droga Tołpa. Mój klasyk. Z nowości mam "dermo face, sebio. peeling 3 enzymy" i "green, czerwone owoce. regenerująca całonocna maska krem witalizująca".

  • Peeling jest ciekawym produktem. Rzeczywiście nieco wygładza w dotyku moją problematyczną cerę, ale bez efektu wow, na który się nastawiłam. Oczywiście będę cierpliwa - jestem po kilku pierwszych ostrożnych użyciach. Odradzałabym go wrażliwym jednostkom - pierwsze minuty są bardzo piekące nawet dla mojej tłustej twarzy. Ale ja lubię czuć, że działa ;-)
  • Maseczka nie jest odpowiednim produktem dla mnie. Jest za bogata i używana dwie noce pod rząd zapycha pory i generuje krostki. Poza tym drażni mnie jej intensywny słodki zapach, który czuję przy każdym przebudzeniu. Niestety, nie wrócimy do siebie.
  • Żel pod prysznic spa detox to mój bestseller, odkryty rok temu, kupowany i używany regularnie z niegasnącą miłością. Dla osób, dla których kąpiel to z założenia przyjemność, będzie trafionym zakupem.
  • Maseczki nawilżające - poprawność.

kosmetyki-cruelty-free-zakupy-martaguzowska.pl-11Chociaż po jednym przedstawicielu z Mokosh i Resibo musiałam dorzucić do koszyka. Przepadam za tymi markami i regularnie testuję kolejne pozycje z ofert.

Kremu do rąk Resibo jeszcze nie otworzyłam.

Ale na malinowy piling do ust z Mokosha zdążyłam się rzucić. Nie umiem go zrecenzować. To diamencik w moich zasobach łazienkowych. Czysty luksus. Zbytek łaski. Wydziwianie, jakby powiedział dziadziuś. Nic pierwszej potrzeby. Prostackie pragnienie. Miałam go dłuższy czas na liście ochot, ale zawsze wydawał mi się przesadą. W końcu kupiłam, otworzyłam i przepadłam. Czuję, że kupiłam sobie przyjemność. Niby to tylko piling, niby tylko kosmetyk, ale w praktyce to uroczy mały słoiczek słodkich malin z całym pakietem dobrych skojarzeń. Mam ochotę dodać go do herbaty! Boję się, że go zeżrę, gdy zabraknie mi czekolady. Jest słodki (ekhm) i pachnący. Zawiera cukier brzozowy, olej z pestek malin, masło shea, lanolinę. Kocham pilingi, a moje usta nigdy wcześniej żadnego nie doświadczyły. Po wszystkim są zachwycone - gładkie i miękkie, jak obiecano w ulotce. Nie wiem, co powiedzieć, serio. To jakiś obłęd. Nie musicie go mieć. Ale rozpłyniecie się, gdy trafi w wasze ręce. (32 zł)

kosmetyki-cruelty-free-zakupy-martaguzowska.pl-12

O wodzie różanej Make Me Bio pisałam w styczniowym denku. Mam z nią prozaiczny problem - pachnie dla mnie zbyt naturalnie. Jednak przestawianie się po 30 latach stosowania syntetycznej perfumowanej chemii na produkty naturalne nie może obejść się bez zgrzytów. I gdy myślałam, że się już przyzwyczaiłam do tego dziewiczego roślinnego zapachu wody różanej, w moje ręce wpadła woda lawendowa... To jest dopiero najwyższy poziom zapachowej naturalności. Dla mnie nie do zniesienia. Szczęściem w tym przypadku jest fakt, że opakowanie 100 ml zużywam w trzy tygodnie i dziś te trzy tygodnie minęły. Myślę, że z własnej woli więcej jej nie kupię. Do różanej wersji niedługo wrócę, przecież już kupiłam. Obie wody spełniają swoją tonującą, kojącą rolę.

Pomarańczowy żel pod prysznic jeszcze nieotwarty.

kosmetyki-cruelty-free-zakupy-martaguzowska.pl-13

kosmetyki-cruelty-free-zakupy-martaguzowska.pl-9

kosmetyki-cruelty-free-zakupy-martaguzowska.pl-14Z Orientaną nie mam jeszcze dużego doświadczenia. I po pierwszych użyciach powyższego zestawu moje uczucia pozostają zmieszane. Oba produkty pachną jak środki czystości. Aplikacja toniku na twarz przypomina mi spryskiwanie się płynem do szyb - ze względu na zapach i brak subtelności dozownika. Bardzo podobny zapach ma serum - intensywny, ziołowy, agresywny, sterylny - czuć jego antybakteryjność. Nie jest to na pewno miłość od pierwszego użycia, moja skóra się nie zachwyca, ale będę cierpliwa. Indyjskie składniki i receptury nie mogą się mylić. W tej chwili moim hitem ze stajni Orientany pozostaje produkt z ubiegło denka - bio serum do twarzy, witamina c & morwa biała. Jego świetne współdziałanie z moją skórą czułam od razu. Tęsknię.

kosmetyki-cruelty-free-zakupy-martaguzowska.pl-15Pięknie pachnący, polski, o dobrym składzie, delikatny. To mój pierwszy kosmetyk Vianka - nie zawiódł.

kosmetyki-cruelty-free-zakupy-martaguzowska.pl-16Nieużywana nowość w moich dłoniach od Sylveco.

kosmetyki-cruelty-free-zakupy-martaguzowska.pl-17

kosmetyki-cruelty-free-zakupy-martaguzowska.pl-20Backstage.

Wczoraj zamówiłam pierwsze produkty do pielęgnacji domu cruelty-free. Wybrałam polską markę Klareko. Trafiłam na promocję -40% na produkty piernikowe, pozostałe po Świętach. Nie mogło być doskonalej. Kupiłam fenomenalny mus czyszczący, uniwersalnik i kolorowy proszek do prania. Warto wspomnieć, że firma pakuje produkty w duchu zero waste, minimalizując śmieci po sobie - w słoiki i makulaturowe paczki łatwe do biodegradacji i recyklingu. Zamówienie jeszcze nie dojechało, ale ekscytuję się nim, jak nowymi butami. Starzeję się?

Na zakończenie powiem tylko, że dzisiejszy post uważam za naprawdę dobry wstęp... Do usłyszenia!