Lifestyle’owe fotografie

Nigdy nie zwariowałam na punkcie żadnego medium społecznościowego, nie dzieliłam się życiem w stopniu ingerującym w moją prywatność, nikt nie wiedział kiedy mam gorszy dzień, kiedy piję babciny napar z mięty, co czytam, ani jaki krem do rąk właśnie sobie kupiłam. Raz na pół roku wrzucałam zdjęcie na żaglówce, albo na nartach, bo były to dla mnie chwile szczególnie miłe, a tymi emocjami mogłam cieszyć się na głos i chętnie dzielić ze światem. Bieżące zdjęcia śledzili na bieżąco tylko najbliżsi żyjący realnie moim życiem.

Jednocześnie oglądałam i zachwycałam się obrazkami odkrywanymi w sieci, na innych blogach, mniej lub bardziej lifestyle'owych. Wzdychałam do pięknych aranżacji stołów i nieznanych organicznych kosmetyków w szklanych słoiczkach, zachwycałam się zdjęciami obcych stóp w modnych sandałach i klikałam "lubię to" przy zdjęciach obcych kubków i garnków.

Do momentu aż nie odkryłam, że moje kubki wcale nie są brzydsze, a pomysły aranżacyjne wcale nie gorsze. Długo jednak musiałam łykać internetowe inspiracje zanim na poważnie w to uwierzyłam. Swoisty przełom nastąpił w chwili założenia bloga i konta na Instagramie. Polubiłam tą aplikację szybciej niż zakładałam. Myślałam, że jest drugim Facebookiem. Bardzo się pomyliłam. Instagram skupia się na prezentacji zdjęć, które układa w pięknych kwadracikach, tworząc naszą spersonalizowaną galerię. Uwielbiam trafiać przypadkiem na dopieszczone, przemyślane profile z kolekcjami mini-arcydzieł, składających się spójnie w klimatyczną planszę inspiracji. Dziś już wiem, że chcę pracować na swoją. Mówiła przed chwilą, że nie zwariowałam? Kłamałam.

Gdybym była znaną blogerką to w tej chwili by się podniósł krzyk hejtu, że życie w social mediach jest sztuczne i nie ma nic wspólnego z rzeczywistym. Zgadzam się z większością zarzutów głoszonych na temat ogłupiającego działania mediów społecznościowych, na temat kreowania życia pod ocenę ludzi, którzy nic dla nas nie znaczą. Ale czy to jak sztucznie żyjemy w realu, mimowolnie nie przenosi się na nasze profile? Nawet dzisiaj przeczytałam cudowny post mojego ulubionego Volanta, który dostrzega i krytycznie opisuje nasze współczesne priorytety. Podając prosty przykład, zahacza o kwestie strojenia się przed wyjściem do sklepu, żeby zrobić wrażenie na obcym otoczeniu, a po powrocie przebierania się w stary dres na wieczór spędzany z ukochanym. To zupełnie tak jak "pozowane" jedzenie obfotografowane do wrzucenia na profil i otwierany później słoik od mamy na romantyczną kolację z mężem (cały artykuł pod tym linkiem). Wszyscy znamy takie przypadki i możemy się tylko uśmiechać do nich pod nosem, twierdząc że nas to nie dotyczy...

Nie mam zamiaru prowadzić filozoficznego wywodu nad moralnością i kłamliwością świata, bo nie czuję się w tym specem. Każdy kreuje swój wizerunek i nie widzę w tym nic złego. Mam nadzieję, że za jakiś czas moje życie uda mi się doprowadzić do wyśnionego standardu i wtedy będę się mogła mądrzyć nad tematami "jak stworzyć życie idealne". Ale w tej chwili dążyłam do łatwiejszej i lżejszej kwestii, chciałam wyłuskać z owego współczesnego standardu kreowania coś bardzo pozytywnego. Mniejsza już z tym, czy faktycznie dzieje się u mnie coś szczególnie ważnego, czy siedzę przy nieumytym oknie w deszczowy piątek (a siedzę), czy piję najlepszy koktajl na Bali (wymarzona wizja!), czy szczególnie ładnie wyglądam w nowych baletkach (nie mam nowych baletek) - mogę to potraktować jako podkład pod niesamowitą historię. Nie wymyślając rzeczywistości, a przedstawiając ją w najładniejszy z możliwych sposobów. Lubię rzeczy ładne i to czym się otaczam wpływa na to jak się czuję. "Rzeczy ładne" to tak subiektywne pojęcie, że każdy z nas zdefiniuje je inaczej. Ale skupianie się na naszych własnych, subiektywnie najlepszych obrazach i emocjach - sprawi, że obiektywnie będzie żyć się lepiej. Dostrzegajmy i cieszmy się z drobiazgów, zapamiętujmy małe radości.

To właśnie umożliwia cudowne odkrycie fotografii. Minęły dwa wieki odkąd świat ujrzał pierwszą fotkę i aż się przykro robi na sercu widząc, że niektórzy potrafią ten wynalazek wykorzystywać tylko do uwieczniania dzióbków w lustrze. Na szczęście odeszły w zapomnienie statyczne zdjęcia w studiach fotograficznych i mamy nieograniczone możliwości plenerów. Okazje do fotografowania wyszły poza zakres ślubów i wizyt prezydentów. Mam telefon w kieszeni, mogę złapać każdą chwilkę, jaką zechcę. Czemu więc nie zrobić wartości ze swojej codzienności? Czemu czekać ze zrobieniem dobrego zdjęcia do wakacji? Czemu nie zaaranżować sobie swojej kolorowej uczty na podwieczorek? Rozwój kompaktowego sprzętu fotograficznego wpływa na nowe gałęzie fotografii. Wśród wszystkich zdjęć znajdowanych w Internecie największe wrażenie robią na mnie kadry przedstawiające dzikie podróże w egzotyczne okolice (to jest już jakby poza konkursem, zwyczajna oczywistość w moim przypadku) oraz właśnie pięknie uchwycona codzienność - czyli fotografia lifestyle'owa. Desenie ubrań, ustawienie naczyń w szafkach, książki leżące na kupce przy łóżku, rozrzucona narzuta na fotelu, kapelusz na wieszaku - potencjalnych źródeł zdjęć lifestyle'owych jest nieskończenie wiele. I jeśli coś ma działać na mnie inspirująco to będzie to w granicach obszaru dla mnie osiągalnego. Zrobienie mistrzowskiego zdjęcia rafy koralowej jest potencjalnie mało prawdopodobne w tym tygodniu, ale żeby zrobić dobre zdjęcie filiżanki z kawą wystarczy tylko poćwiczyć... My ćwiczymy!

2015.03.31_017

2015.03.31_011

2015.03.31_002

2015.03.31_008

2015.03.31_014

2015.03.31_015

2015.03.31_016

A to już kulisy ostatniej sesji w deszczu (tutaj). Nie żartowałam, że wyszłam z domu w tym, co leżało pod ręką!2015.03.31_035

2015.03.31_036

2015.03.31_037

I jeszcze klasyczny przykład instagramowego klimatu, z kompozycjami zaaranżowanymi z codziennych drobiazgów lub z chwilami wyrwanymi wprost ze zwykłych scen:

2015.03.31_018

2015.03.31_028

2015.03.31_030

2015.03.31_038

2015.03.31_033

Zdjęcia: Whiteberry www.whiteberry.com.pl

Więcej bieżącego, codziennego lifestyle'u na moim Instagramie: link tutaj