Mam tak samo jak ty

Wychodząc z moich doświadczeń, przeciętny człowiek, który nie żyje na najwyższym poziomie finansowym (w Polsce "najwyższy poziom" zaczyna się już chyba od średniej krajowej) i nie jest blogerem modowym cieszącym się współpracą barterową z firmami odzieżowymi, posiada na każdy sezon jedno główne okrycie wierzchnie i jedne buty. Czasem wymiennie z płaszczem lub drugą parą innego rodzaju obuwia. Ale generalnie ciągle chodzi w tym samym. Kilka (...naście już!) lat temu mamusia na zakupy zabierała mnie gdy adidasy rozkleiły się od codziennego chodzenia do szkoły, a bluza z granatowej sprała się do szarej albo pozdzierałam sobie łokcie na rolkach. Zakupy ubrań miały więc synonim obowiązku, nadrabiały funkcjonalne braki, a posiadanie czegoś nadprogramowego było prawdziwym luksusem. Wiem, że rzesza ludzi funkcjonuje tak do tej pory, bo albo ciężko przeskoczyć jest finansowe realia, albo nigdy nie potraktują ubrań jako kwestii mającej większe znaczenie. I w te strefy nie chcę uderzać. Dla mnie to jak wyglądam i w co jestem ubrana jest kwestią wizerunkową. Właściwie dobrany do sytuacji ubiór zawsze dodaje mi pewności siebie, więc nie dam się przekonać, że dobrze skompletowana szafa to wyłącznie przejaw próżności. Kontynuując jednak wątek ze wstępu - mam to szczęście, że przez lata udało mi się trochę dobytku w sferze ubrań uzbierać. Jednak wychodząc gdziekolwiek na co dzień, jeśli sytuacja nie wymaga dress codów i nie mam poczucia, że powinnam szczególnie nad sobą popracować - zawsze kończę na tych samych, ulubionych rzeczach. Te zawsze są pod ręką, bo najczęściej je noszę, w kółko piorę i układam w szafie na brzegu. Więc kwestia stosów ubrań często sprowadza się tylko do ich posiadania, bo w praktyce poruszamy się wokół lubianych, sprawdzonych rozwiązań. W moim przypadku chłodny sezon jesienno-zimowy kręcił się (bo mam nadzieję, że już się nie zakręci) przy wełnianym płaszczu, szaliku w pepitkę i czarnych dodatkach. Zima jest o tyle skomplikowana, że cały nasz wygląd kreują okrycia wierzchnie. Oczywiście - jest jeszcze gra dodatkami. Łatwo się to jednak tylko mówi, bo praktyka pokazuje, że skoro nie stać mnie na trzy modne płaszcze to na trzy designerskie torebki i pary butów nie będzie mnie stać tym bardziej. Więc jeśli nie mogę pozwolić sobie na wszystko co bym chciała (a chciałabym dużo!) to najrozsądniejsze okazują się wybory klasyczne. No i teraz doszłam do punktu, o którym piszę w kółko. Wniosek nasuwa się sam: klasyka jest dobra. Kropka.

Zaczęłam ten wątek z prozaicznych powodów. Chciałam pokazać kolejną porcję zdjęć z Bydgoszczy, kontynuując tło Wyspy Młyńskiej z poprzedniego wpisu. Gdybym dołączyła je do przedwczorajszego postu to chyba pękłby w szwach. Nie mam na nich nic innego niż miałam poprzednio, bo to jeden i ten sam spacer, więc nie opłaca się doszukiwać walorów inspirujących. Pomyślałam jednak na trzeźwo, że ja przecież wyglądam tak zawsze i bynajmniej nie ma w tym nic złego. Że fakt noszenia jednego płaszcza no co dzień, przez cały sezon jest powszechny. A przecież mój płaszcz jest i tak niezły, i nie mam co udawać, że w nim nie chodzę, i że mam milion innych. Bo nie mam. Do tego mój blog nie miał być modowy, a lifestylowy. Taki więc mam lifestyle, że na jeden spacer nie zabieram dwóch płaszczy. A nawet taki, że na dwa spacery zabieram tylko jeden.

Mam nadzieję, że ta szara kolorystyka zamyka już w tej chwili mój zimowy sezon na blogu. I że wiosenny wątek zapoczątkowany jutrzejszym wpisem przejdzie płynnie już wyłącznie w lato. Do zobaczenia jutro w cieplejszej scenerii!

2015.03.13_51

2015.03.13_52

2015.03.13_54

2015.03.13_55

2015.03.13_56

2015.03.13_57

2015.03.13_59

2015.03.13_61

2015.03.13_62

2015.03.13_63

2015.03.13_64

2015.03.13_66

2015.03.13_67Zdjęcia: Whiteberry