Metamorfoza kuchni

Spełniłam marzenie. Jedno z dużych i trudnych. Mój domek zyskał nowe serce, przeszczepione jakby wprost z najlepszego magazynu o designie. Jestem tak dumna z mojego dzieła, że nie mam skrupułów się chwalić.

Dzisiejszy post uważam za jeden z merytorycznie najciekawszych w historii bloga. To opis kompletnej metamorfozy mojej kuchni.

Wtrącę tylko, że posty z metamorfozami, odnajdywane w internecie, niezwykle mnie inspirują i motywują do świeżego rzucenia okiem na własne statusy. Uwielbiam oglądać zdjęcia zrobione przed i po wyzwaniach. Niezależnie, czy dotyczą one mieszkań, ciał, czy innych, ważnych dla człowieka płaszczyzn. Uświadamiają mi zawsze, że zawzięte podjęcie wyzwania musi przynieść realny, często spektakularny, efekt. Cieszę się, że i ja mogę w końcu przedstawić efekty długotrwałych działań ku polepszaniu swojej życiowej przestrzeni.

Na wstępie

Wprowadziłam się do swojego małego mieszkania w wieku 20 lat. Kawalerka (w której są tylko jedne drzwi do łazienki) była spełnieniem marzeń! Jej mały metraż dawał mi wielki komfort, a otwarta przestrzeń pozwalała na twórczą wolność. Kochałam ją wtedy bezgranicznie ze wszystkimi niedoskonałościami. Czas jednak uświadomił mi jej pewne wady, które chciałam korygować. Skromne możliwości finansowe młodej studentki nie pozwalały na spektakularne remonty, więc drobnymi kroczkami, samodzielnie modyfikowałam pod siebie każdy z 36 metrów kwadratowych. Mijające lata wykrystalizowały mój gust, potrzeby, priorytety, nauczyły, w jakim otoczeniu czuję się najlepiej, z czego jestem gotowa zrezygnować, a z czym nigdy się nie rozstanę. Metodą prób i błędów określiłam się precyzyjnie. Zaczęłam jeszcze pilniej i uważniej realizować wyśnioną wizję urządzenia. Proces osiągnięcia pełnej mieszkaniowej satysfakcji zaczął się dawno i ciągle trwa. Ale wypracowałam już kilka kątów, które uważam u siebie za idealne! I godne pokazania światu. Jednym z nich jest kuchnia, na której dziś chcę się skupić.

Główne założenie, jakie obrałam w kawalerce, to stylistyczna spójność wszystkich zakątków. Otwarta forma mieszkania, bez wydzielonych pomieszczeń, wymaga plastycznego wydzielenia różnych funkcji, z zachowaniem wizualnej jedności. Styl przewodni bazuje na ulubionej Skandynawii. Białe ściany, drewniane meble, naturalne tkaniny w neutralnych barwach i użytkowość ponad wszystko - taki mam domek.

Tak było

Kuchnia od początku była dla mnie najsłabszym punktem mieszkania. Przez wiele lat mnie uwierała, bo kompletnie nie mogłam dopasować jej do pozostałych stref. Ściany, łóżko, szafę z łatwością można było przemalować, a stare meble sprzedać na olx. Kuchnia była wyzwaniem. Złą jakość wykonania, zużycie trudno było ukryć. Pomarańczowy odcień okleiny na frontach był niewygodny dla jakichkolwiek aranżacji, miał swój silny charakter, który dominował przestrzeń. Wszystkie dodatki znikały pod ciężarem jaskrawych brył szafek. Kompletnie się z nimi nie identyfikowałam. A z czasem byłam tak zrezygnowana bezskutecznością działań, że przestałam o nią zabiegać. Zagraciłam szafki i blat, egzystując w przestrzeni, której nie lubiłam.


Trochę boli mnie serce, że muszę wrzucić tutaj te kiepskie zdjęcia kiepskiej kuchni. Ale opis metamorfozy nie może powstać bez wyraźnego porównania.

kuchnia1O tym marzyłam

O białej, czystej przestrzeni. O świeżości i lekkości szafek. O prostych, minimalistycznych, geometrycznych kształtach. O nieprzeciętności. O dobrej jakości wykończeniu. O naturalnym jasnym drewnie. O ergonomicznym układzie. O praktycznych, pojemnych i wygodnych schowkach. O otwartej witrynie na zastawę. O prawidłowo rozprowadzonym oświetleniu. O zmywarce i białym piekarniku.

kuchnia 1awizualizacja Pracownia Duży Pokój

Tak wyszło

Lepiej niż zdołałam sobie wyobrazić!

2016-04-01 - 01 - mini

Chyba nie da się ukryć, że pokochałam biel we wnętrzach. Oczyszcza i optycznie powiększa malutką przestrzeń. Można zarzucić jej bycie nudną, owszem. Ale wystarczy pobawić się kształtami, fakturą, dodatkami, aby biała aranżacja zyskała absolutną indywidualność.

W moim rodzinnym domu zawsze był komplet zastawy i sztućców, wyjmowany z kredensów na specjalne okazje. Odeszłam od tego zwyczaju. Głównie za względu na dostępną przestrzeń. Wszystko, co mam, musi być użytkowe, bo na ozdoby zwyczajnie brakuje mi miejsca. Dlatego na co dzień używam najlepszych talerzy, które teraz mam zawsze pod ręką. Zastawa jest w ciągłym ruchu, codziennie jest używana i myta, więc nie ma czasu się zakurzyć (gdyby zakiełkowały myśli o braku praktyczności niezasłoniętych półek). Reszta przyborów, naczyń, prowiantu wypełnia szafki po prawej stronie, zabudowujące ścianę pod sufit.

Naturalne dębowe elementy ocieplają surową biel. Łagodzą jej sterylność. Emanują świetną jakością.

Na zmianę czeka jeszcze lampa, która według mnie ma zbyt ciężką formę i za ciemny kolor dla nowego wnętrza. Widzę w tym miejscu drobny jasny klosz lub pojedynczą ozdobną żarówkę.

W nawyk weszło mi dbanie o dobrą formę ziół, które stały się domowym standardem. A jeśli mieszkanie jest wysprzątane i chcę poczuć się w nim szczególnie dobrze - stawiam cięte kwiaty.

2016-04-01 - 02 - mini

Zbliżenie na detale

2016-04-01 - 03 - mini

Mam wątpliwość co do mojego dworcowego zegara na futrynie. Wydaje mi się, że jego czas w domowym wystroju już minął. Chyba przestał pasować do ogólnej stylistyki mieszkania. Co myślicie?

2016-04-01 - 04 - mini

Białe kafelki ułożone na ścianie w cegiełkę to uniwersalna baza. Chętnie wyłożyłabym nimi też kawał łazienki. Poza niepodlegającymi dyskusji aspektami praktycznymi, urozmaicają tło fakturą.

2016-04-01 - 05 - mini

Lifestyle'owe hafty w tamborkach - moja nowa miłość w wystroju. To rękodzieło odkryłam na Instagramie. Z zapartym tchem śledzę profil Sarah K. Benning, która na swoich małych płótnach haftuje codzienne motywy, głównie domowe rośliny i aranżacje w stylu retro. Pokazałam zdjęcia Mamusi - naszemu domowemu guru, specjaliście od wszelkiego rękodzieła - i zainspirowana bardzo szybko podjęła się wyzwania. Na powyższym zdjęciu - jej pierwsza praca, dwa kolejne tamborki dostałam właśnie na Dzień Dziecka <3 Czekają na najlepszy kawałek ściany.

Nie jest tajemnicą, że kuchnia i łazienka to najbardziej budżetożerne pomieszczenia (dlatego tyle lat skazana byłam na życie z nimi w zgodzie). Przekonałam się niestety, że półśrodki mogą nie być wystarczające do ich odświeżenia. Po raz kolejny zrozumiałam też, że dobrej jakości baza w każdej dziedzinie życia okazuje się być najlepszą inwestycją.

Chcecie resztę kątów? ;-)

zdjęcia All in White