One night in Bangkok

Już jest! Obiecany, ciepły wpis w lepszym nastroju. Mi oglądanie takich zdjęć zawsze poprawia humor i koloruje wyobraźnię w te aktualnie szare i zbyt krótkie dni. Dlatego wracam do swojego katalogu "Thailand" bez opamiętania, przeżywając smaki i zapachy tego egzotycznego kraju ciągle od nowa. Zapraszam dziś ze mną do Bangkoku!

To pierwszy z zaplanowanych reportaży opartych o moją osobistą przygodę z Azją. Mijają własnie trzy miesiące od mojej premiery na tym kontynencie. A już nie mogę doczekać się kolejnego kroku w jego stronę.

Zaczynając od początku - temat Azji w moich marzeniach przewijał się długimi miesiącami, bez szczególnej wiary w ich powodzenie. W końcu w połowie minionego roku, w szczególnie gorącym okresie na uczelni powodującym desperackie myśli - postanowiłam zabrać się za spełnianie swoich marzeń. Na poważnie i od teraz. Postawiłam pierwszy krok na drodze do ich realizacji nadając Azji etykietkę celu, nie marzenia. Zbliżał się termin obrony mojej pracy inżynierskiej - więc dodałam mu nowe, przełomowe dla mnie znaczenie. Ten dzień miał zamknąć pracowitą i stresującą część roku na rzecz wyczekanej i wymarzonej podróżniczej przyjemności. Równolegle z podręcznikami do geodezji, wertowałam wszystkie przewodniki, które znalazłam w księgarniach nt. południowo-wschodniej Azji, blogi podróżnicze obfitujące w informacje praktyczne i wyszukiwarki tanich połączeń lotniczych. To właśnie jedna z takich wyszukiwarek zadecydowała o ostatecznym kierunku i czasie wylotu. Miał być Wietnam, ale Tajlandia okazała się tańsza. Miała być pora chłodna (zawsze chce mi się śmiać z tej nazwy - jak można średnie 29 stopni w ciągu dnia choć odrobinę skojarzyć z chłodem?!), ale pora deszczowa okazała się tańsza. Były to ustępstwa nie stanowiące dla mnie żadnego problemu. Niosły ze sobą w prawdzie ryzyko przemoczenia większej ilości ubrań, ale co to za ryzyko?! Tym sposobem, z końcem czerwca 2014 roku miałam już w garści bilety na podróż życia, która przypadła na termin od 22 października do 4 listopada.

Informacja praktyczna: cena biletu lotniczego w dwie strony wyniosła wtedy po przewalutowaniu 1459,63 zł / osobę, a przewoźnikiem były ukraińskie linie lotnicze www.flyuia.com. Lot dzieliła jedna sześciogodzinna przesiadka w Kijowie.

Miesiąc po dokonaniu mojej rezerwacji doszło do katastrofy na Ukrainie z udziałem malezyjskiego samolotu pasażerskiego i emocje nam wtedy zadrżały. Myślałam przez chwilę czy dla własnego bezpieczeństwa nie będzie lepiej wycofać się z tej podróży pomiędzy Ukrainą a leżącą przecież po sąsiedzku Malezji - Tajlandią. W praktyce nie spowodowało to większych utrudnień, nie dało się też wyczuć stanu zagrożenia. Samoloty zmieniły tylko trasę, kierując się na południe od Kijowa nad Morze Czarne, zamiast od razu przelecieć nad wschodnią Ukrainą.

Kupione bilety lotnicze, pierwszy nocleg w Bangkoku i rezerwacja miejsc w pociągu nocnym jadącym na południe kraju (które było miejscem docelowym wyprawy) były jedynymi rzeczami, które zrobiłam z poziomu Polski. A i dziś wiem, że za tani nocleg w Bangkoku znaleziony na booking.com przepłaciłam co najmniej dwukrotnie, w porównaniu do cen możliwych do wynegocjowania na miejscu. Reszty planu nie było! I to była najlepsza decyzja na jaką mogłam się zdecydować! Jeśli komuś nie przeszkadzają elementy zaskoczenia, bezpośredni kontakt z tubylcami przy negocjacjach cen noclegów i transportu i codzienne przepakowywanie plecaka w nowych miejscach - to serdecznie polecam backpackerską formę podróżowania (w razie wątpliwości, backpacking opisuje Wikipedia: tutaj). Plan generował się więc na bieżąco. Tylko pierwsze dwa dni spędzone w Bangkoku były przemyślanym i przewidzianym puntem wakacji, w zasadzie pełniąc tylko rolę bazy wypadowej do dalszej eksploracji.

Jego poznawanie nie przypominało w niczym planów opisywanych w przewodnikach. Wsiadaliśmy do trzykołowych tuk-tuków, prosząc o podwózkę do dowolnego punktu pokazywanego palcem na mapie (bardzo ważne jest żeby przed wejściem do pojazdu dokładnie ustalić cenę z kierowcą, nie dając tym samym pola do naciągania tym nieuczciwym). Błądziliśmy w uliczkach, smakując przekąsek z ulicznych jadłodajni. Moja ulubiona: wątróbka smażona na patyczkach i wszelkiej maści chrupiące spring rollsy podawane z miodowymi dipami z papryczką (muszę coś zjeść, bo nie daję rady pisać o tych smakołykach bez wizualizacji!). Gdy już zmęczyliśmy się upałem, jedzeniem i chodzeniem, łapaliśmy kolejnego tuk-tuka i jechaliśmy do nowego celu. Choć dla mnie egzotyką samą w sobie było już przemieszczanie się tym środkiem. Szaleństwo wielkomiejskiego ruchu otaczające mały wózek i gorący wiatr na policzkach dostarczały cudownych emocji!

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Jeśli ktoś ma wątpliwość czy jedzenie przy ulicy jest zdrowe, albo chociaż nie zagraża zdrowiu - uspokajam, że wszystkie standardy higieniczne są utrzymywane na najwyższym poziomie. Na zdjęciu powyżej klasyczna "zmywarka do naczyń". A całkiem poważnie - mój brzuszek naprawdę czuł się doskonale na tajskiej diecie!

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Pierwszy poważny posiłek zafundowaliśmy sobie w małej knajpce, gdzie gośćmi byli głównie Tajowie. Nasze wybory ograniczały się przez cały pobyt tylko do regionalnych przysmaków, więc rzut oka na gości danego miejsca był sporym ułatwieniem. Na takich wyjazdach stanowcze "nie!" mówię wszystkim kartom, które prezentują dania typu "english breakfast" i kompletnie nie potrafię zrozumieć przyjezdnych, którzy takich ofert potrzebują!

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Słówko o cenach za posiłki. Przelicznik jest bardzo prosty, bo można przyjąć, że nasz 1 złoty = 10 tajlandzkich bahtów. Najmniej kosztują przekąski w przydrożnych wózkach (na przykład 30 thb = 3 zł kosztowała wątróbka na patyku i 55 thb = 5,5 zł zapłaciłam za 5 sajgonek z sosem), małe lokalne knajpki oferują dania za 10-15 zł. I na tych dwóch sektorach się skupialiśmy. 

SAMSUNG CSC

Sos sojowy, limonka, mleczko kokosowe, kolendra, sos rybny, prażone orzeszki, kiełki, papryczki chili - balansując proporcjami tych najbardziej powszechnych tajskich przypraw, każde miejsce tworzy swoje kanony, opierając się jednak na wspólnej filozofii tajskiej kuchni, jaką jest harmonijne połączenie smaków (kwaśnego, słonego, słodkiego i ostrego).

SAMSUNG CSC

Duża sieć kanałów przecinająca Bangkok jest charakterystycznym punktem jego krajobrazu. Poruszanie się po nich łodziami jest podobno bardzo szybką formą transportu. Po Menamie kursują regularnie promy pasażerskie. Napisałam "podobno", bo nie miałam okazji tego środka przetestować. Dzielnice położone najniżej składają się na smutny obraz najbiedniejszej strony tutejszego wielkomiejskiego życia. Patrząc w niebo na drapiące je wysokie, przeszklone wieżowce zdajemy sobie sprawę jak wiele kontrastów łączy się w tym mieście.

SAMSUNG CSC

Tak odmiennej kultury jak naszej, europejskiej jeszcze nie widziałam. Przykładem może być uduchowienie Tajów, które przeplata się płynnie z ich codziennością. Przykładem tego jest choćby tradycja stawiania przy domach i hotelach małych ozdobnych świątynek, w których mają mieszkać duchy. Tajowie wierzą, że stworzenie takiego domku dla ducha zniechęci go przed nawiedzaniem mieszkańców danego domu. Polecam notkę na stronie National Geographic, która ukazuje szerzej ideę tej tradycji: tutaj.

SAMSUNG CSC

Bangkok, Miasto Aniołów, Miasto Nieśmiertelnych, Miasto Królewskich Pałaców. Brzmi jak litanie, ale to tylko kilka z wyrazów pełnej nazwy geograficznej tego miasta, która z resztą jest najdłuższa na świecie i tym samym wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa (pełna nazwa tutaj).

W związku z charakterem stolicy, który determinuje już sama jej nazwa, nie mogliśmy pozostać przy samych ulicach. Postanowiliśmy wznieść się na wyżyny duchowe i poczuć buddyjski klimat z bliska. W tym celu odwiedziliśmy kompleks świątynny Wat Po. Wejście do parku i zwiedzanie kompleksu jest darmowe, jednak chcąc zobaczyć największy na świecie złoty posąg leżącego Buddy trzeba wejść do świątyni, zdejmując uprzednio buty, okrywając się stosownie i  kupując bilet za 100 THB.

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Jest! Wysoki na 15 i długi na 46 metrów symbol Bangkoku. Posąg Buddy przechodzącego w stan nirwany w całości obłożony jest złotą blachą, ze stopami wysadzanymi masą perłową. Nawet na sceptykach w kwestii zwiedzania świątyń ten obrazek zrobił wrażenie! Notabene, niezły stanowi to kontrast przy biegających przed świątynią na boso dzieciach.

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Tajowie odwiedzający świątynię mają w zwyczaju wrzucać po jednej monecie do każdej ze 108 skarbonek ustawionych wzdłuż posągu. Ma to im zagwarantować przypływ szczęścia. Jeśli turysta ma ochotę pójść w ich ślady, pierwsze o czym pomyśli to "skąd ja mam wziąć tyle monet?". Wtedy szybko zjawia się Taj, który w woreczkach ma już przygotowaną odliczoną ich odpowiednią liczbę i za drobną prowizją chętnie rozmieni nasze grube banknoty. Zasada spotykana tu na każdym kroku: tam gdzie istnieje cień szansy na biznes, tubylcy na pewno już go wykorzystali.

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSCWracając do dzieci biegających na boso... Przez całe dwa tygodnie nie padało tyle, ile przez dwa dni w stolicy. Najbardziej pochmurne zdjęcia pochodzą właśnie stąd. Mimo kończącej się już pory deszczowej - lało co chwilę. Windując wilgotność powietrza na poziom przekraczający 90%. Na ulicach powstawały w minucie wartkie strumienie. A my, żeby nie przemoczyć doszczętnie pełnych butów, nie wyposażeni w plastikowe japonki, zwiedzaliśmy na boso. To było najlepsze zwiedzanie w mojej podróżniczej historii! :)

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Nie posiadając umiejętności przydatnych do przeczytania tajskiej tabliczki z opisem, zinterpretowałam sobie tą rzeźbę jako coś związanego ze sztuką kamasutry... Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy na własnej skórze odkryłam kilka dni później, ze tak wygląda... masaż tajski!

SAMSUNG CSC

Z pałaców przenosząc się jeszcze na chwilę na moje ulubione gwarne ulice...

SAMSUNG CSC

O właśnie! Mówiłam o garkuchniach, nie pokazując o co mi chodzi. Właśnie tak wyglądają źródła najmilszych i najnowszych dla podniebienia lokalnych smaków.

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Pad thai! Tęsknię za Tobą! Klasyczne danie tajskiej kuchni: makaron ryżowy smażony w woku ze świeżymi warzywami al dente, mięsem (lub owocami morza lub tofu), roztrzepanym jajkiem (bardzo ważne!), przyprawiony kiełkami, orzeszkami ziemnymi i limonką. Podawany ze słonymi sosami, ziołami i ostrymi papryczkami - wszystko wedle uznania.

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Przed wakacjami przeczytałam na jednym z blogów i mimochodem zapamiętałam, że płyny do płukania w tutejszych pralniach są tak niesamowite, że autorzy owego tekstu, przed powrotem do Polski oddali wszystkie swoje rzeczy do prania, żeby zabrać ze sobą jak najwięcej wspomnień. Zrobiliśmy tak samo - ale z bólem serca - nie podzieliliśmy tego entuzjazmu do zapachu detergentów :-D Nie mniej jednak, pralnie działają bardzo sprawnie, są powszechne, tanie i szybkie, dzięki czemu na prawdę mija się z celem zabieranie 14 t-shirtów na dwa tygodnie! Szczególnie jeśli podróżuje się z plecakiem.

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Kolejna przerwa na jedzonko! <3 Ulubione spring rolls.

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Mikstury na wszystko! I ze wszystkiego!

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

A po dniu pełnym wrażeń czekał na nas czysty pokój i zimne regionalne napoje ;)

 

***najgorszy pomysł na jaki można wpaść to pozwolenie swojemu aparatowi fotograficznemu na automatyczne sygnowanie każdego zdjęcia datą! Do dziś nie mogę sobie tego wybaczyć...

 

Z kolejnym postem zaproszę Was na rajskie wyspy!

Do zobaczenia, Marta