Turcja – epizod I – Bitez

Myśląc o podróżach, mam na swojej liście miejsca, które chciałabym odwiedzić najlepiej jutro, oraz takie, które z różnych przyczyn, nie wywołują u mnie szybszego bicia serca. A często wręcz niechęć. Na tej drugiej liście znajdowała się m.in Turcja.

Od kilku miesięcy razem z Kingą i Marcinem marzyliśmy o Grecji. Po wiosennych wakacjach na Korfu kilka lat temu zostałam wierną fanką tego biało-niebieskiego kraju i bardzo chciałam w końcu do niego wrócić, nie mówiąc już o Whiteberry, którzy na punkcie greckich wysp sfiksowali doszczętnie. Wakacje miały więc być greckie i do ostatniej chwili tak o nich mówiłam. Jednak spontaniczne wyjazdy mają to do siebie, że założenia często się naginają. I tak właśnie korzystna oferta przelotów, rzut beretem do pobliskiego greckiego Kosu, tanie połączenia promowe, rajskie zdjęcia w internecie i wizja kolorowych jarmarków, sprawiły, że ostatniego dnia kwietnia siedzieliśmy w samolocie do tureckiego Bodrum.