Tajlandia: Koh Samui

W związku z faktem, że wakacje w Tajlandii musiały ograniczyć się tylko do 13 dni, musiałam dokładnie ustalić priorytety wyjazdu. Od razu wiedziałam, że celem nie będzie odhaczenie jak największej liczby atrakcji z listy "koniecznie trzeba zobaczyć", ale regeneracja ciała i umysłu po pracowitych miesiącach. Dlatego zwiedzanie w klasycznym tego słowa znaczeniu przesunęłam na inną okazję, a tym razem za priorytet uznałam wyłącznie relaks. Ale w interpretacji absolutnie nie tożsamej z leżakiem stojącym przy hotelowym basenie! Miało być backpackersko: jak najbardziej lokalnie, ekonomicznie (ale bez nastawienia na wielkie oszczędzanie, żeby niczego, co wyda się atrakcyjne nie ominąć) i na spontanie. Najodpowiedniejszym miejscem do realizacji tego założenia wydała mi się południowa, wyspiarska część Tajlandii. Ludzie na wyspach przecież z założenia żyją wolniej i spokojniej, a to coś dla nas! Punkt zaczepienia wyznaczyłam już z Polski, kupując bilety na nocny pociąg z Bangkoku do prowincji Surat Thani (odległej o około 650 km drogą lądową). Przeczytałam mnóstwo sugestii, że to doskonała baza wypadowa, jeśli chcemy dostać się na wschodnią lub zachodnią stronę Półwyspu Malajskiego. Pociąg z Bangkoku wyruszył zgodnie z rozkładem, więc trudno było uwierzyć w plotki o gigantycznych opóźnieniach pociągów kursujących z północy na południe kraju. Do chwili, w której minęła poranna godzinna wysiadania, a my dalej staliśmy gdzieś w środku pola. Finalnie na miejsce dotarliśmy z około 5 godzinny poślizgiem. Ale po kolei.

Ogólne odczucie odnośnie podróżowania pociągiem na długim dystansie wspominam dobrze. Koje były wygodne, wieczorem przyszedł tajski konduktor ze świeżą pościelą i rozłożył łóżeczka, więc nie trzeba się było martwić o nieznajomość tamtejszych patentów montażu... W przedziale przepychu nie odnotowałam, ale za samą możliwość umycia zębów w osobistej umywalce z bieżącą wodą nie żałuję wybrania najwyższej klasy. W między czasie room-service chodził z jedzonkiem - płatnie wybieranym z karty, trochę drożej niż "na lądzie" (20 zł za trzydaniową kolację), ale przecież to wakacje! Było pysznie!

IMG_3090 1000

DSC04406 1000

Za minus uznaję: 1) powszechność karaluchów spacerujących po ścianach (Zawsze myślałam, że mnie to nie przeraża, jestem przecież wielką i odważną globtroterką! Ale gdy naruszona zostaje moja bezpieczna przestrzeń czystej i ciepłej kołderki, która przecież powinna bronić przed całym złem świata, to straciłam umysł!) i to nawet w najwyższej klasie, 2) koszmarny stan toalet i 3) działającą na pełnych obrotach klimatyzację, bez żadnej możliwości regulacji lub całkowitego wyłączenia (w akcie desperacji polecam zatknięcie dyszy skarpetkami). Tak - Tajowie lubią z nią przesadzać - w taksówkach, w hotelach i pociągach jeśli już jest - to będzie działać przy najwyższej granicy wydajności. Bardziej więc zmarzłam niż poczułam tropikalny klimat w trakcie tej podróży. Ale to nie miało znaczenia... za oknem dżungla!

IMG_3100

Wysiadając na peronie w Surat Thani od razu wpada się w rój naganiaczy ze złotymi okazjami. Gdyby sprzedawali zegarki pewnie bym miała ich w nosie. Ale po wyjściu z pociągu nasz plan się skończył i zaczęła improwizowana przygoda. Pobieżnie przejrzeliśmy oferty i za kilkadziesiąt złotych wykupiliśmy transfer na wyspę Koh Samui, w skład którego wchodziła około godzinna podwózka do portu i stamtąd szybka łódź bezpośrednio na wyspę.

Jesteśmy! Idziemy na spacer, jedzonko, mrożoną herbatkę i w między czasie zastanawiamy się nad noclegiem. Postawiliśmy na rejon Lamai. Taksówki kursujące na całej wyspie mają zunifikowany, wspólny cennik, nikt nie chciał wykorzystać naszego braku doświadczenia. Miało być tropikalnie, blisko morza i tanio - na wyspach więc nic innego nie wchodziło w grę jak bungalowy! Spacer wzdłuż plaży pozwolił naocznie i namacalnie wybrać najlepszą ofertę. Sea Breeze Bungalow - brzmi nieźle - bierzemy jeden domek na dwie noce za 112 zł.

DSC04408 1000

Rajskie ptaki w klatkach... Detal nie do zrozumienia.

DSC04413 1000

Pierwsze leniwe śniadanko w raju:

SAMSUNG CSC

Kąpiel w basenie? Żaden problem nawet jeśli Twój hotel takowym nie dysponuje. Przepis: pójdź do sąsiedniego resortu, nie rozglądaj się, nie pytaj, zdejmij ubranie, wskocz - nikt nie zwróci na Ciebie uwagi. Nie ma tu żadnych bransoletek, tak powszechnych w europejskich kurortach, kart wstępu, czipów i dronów security. Nikt się tu niczym nie przejmuje - więc warto przestawić się choć na chwilę na tą miłą politykę i pozwolić sobie na mini wyskok. A raczej wskok :D

SAMSUNG CSC

Wyspę najlepiej zwiedzać skuterem. Na taksówkach można by zbankrutować. A 7 zł za dobę skuterkowania aż się prosi o wydanie. Jeden z dni na Koh Samui spędziliśmy właśnie na takiej objazdowej wycieczce. Osobiście nie wspominam tego najlepiej. Nie samej wycieczki i jej walorów poznawczych, rzecz jasna, a odcinków spędzanych na dwóch kółkach. Mimo kategorii A w prawie jazdy i czynnego motocyklizmu - zasady panujące na drogach w tym kraju, a raczej całkowity ich brak - sparaliżowały moje umiejętności i pewność ruchów. Przez co mniej myślałam o podziwianiu widoków, a więcej o tym, jak bardzo nie chcę umierać...

Wybraliśmy się na przykład nad wodospady, przez prawdziwą dżunglę, stromą drogą w górę...

SAMSUNG CSC

Drogowskazy prowadziły nas do celu...

SAMSUNG CSC

przez gąszcze lian i chaszcze z długimi krocionogami...

SAMSUNG CSC

tylko sama atrakcja była nie do końca spójna z wyobrażeniami... Wodospad okazał się błotnistym strumyczkiem.

SAMSUNG CSC

A ja nie dość, że oglądanie Niagary musiałam przełożyć na inny moment to ciągle miałam wyrzuty sumienia, że do dżungli nieodpowiedzialnie przyszłam w rzymiankach! Pożal się Boże nade mną, że z własnej głupoty nie wzięłam trekingów i nie pozwól mi ustać na żadnego węża, z myślami, że to tylko badyl... Co to był za stres!

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Pogoda zmieniła się błyskawicznie, więc z głębi lądu czym prędzej wracaliśmy na wybrzeże.

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Wycieczka byłaby nieudana, gdyby nie przewidywała przerwy na jedzonko.

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Było doskonale!

SAMSUNG CSC

Z knajpki w ciemno skierowaliśmy się w stronę morza. To było najmilsze odkrycie dnia (no może poza tymi sajgonkami powyżej!). Trafiliśmy na tropikalną, opuszczoną plażę, do naszej wyłącznej dyspozycji. Chmury i późne popołudnie musiały przegonić spacerowiczów. Pierwszy raz zobaczyłam wtedy prawdziwą tajlandzką łódź longtail. Nie wiedziałam jeszcze, że wkrótce będę widzieć ich całe porty...

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Palmy, biały piasek, tony muszelek, żywe kraby w wodzie, kwiaty na drzewach... stworzyły obraz jak z katalogów.

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Czy ktoś wie co żyje w tych małych norkach?.. Co chwile wyrzucając ze środka zlepioną kuleczkę z piasku?.. Zagadka do tej pory jest nierozwiązana.

SAMSUNG CSC

Zapadał zmrok więc trzeba było wracać. W związku z bliskością równika - długość dnia i nocy jest tu prawie taka sama i ciemność zapada po 18.

Lokalne napoje i przekąski w drodze - zawsze spoko.

SAMSUNG CSC

Można też czasem przez przypadek wpaść do morza...

SAMSUNG CSC

I zaraz po tym podjąć decyzję, że skoro jest już ciemno to... czas na kolację!

SAMSUNG CSC

Kierując się wyłącznie intuicją przy wyborze tajskich dań - tym razem trafiłam na wyjątkowo regionalny przysmak... Kurczak smażony z cebulką, podawany na chrupiących listkach bazylii ze... sfermentowanymi jajkami. Dobrze, że to nie ten rejon Azji, który preferuje jajka z niedojrzałymi kurczaczkami w środku. Mogłabym się wtedy dłużej zastanowić.

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Kolejne dni nie różniły się wiele od siebie... Było ciepło, słonecznie, pysznie i bardzo leniwie.

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Żeby wieczorem pożegnać się już z Koh Samui...

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC...na rzecz sąsiedniej wyspy Koh Tao. Dziś już wiem, że mojej ulubionej! <3 Do zobaczenia!