THORN

Od czasów, kiedy szczytem moich marzeń był najnowszy tom Harrego Pottera, na żadną książkę nie czekałam z tak wielką niecierpliwością. Mimo że przyjemność czytania zaszczepiono we mnie jakieś dwadzieścia lat temu, do dziś nie wykreowałam sobie żadnego schematu w tym całym procederze. Nie mam ulubionej książki, autora, serii, gatunku, czy nawet kącika w domu do czytania. To tematy, które ciągle ewoluują, w zależności od humoru, pory roku i planu na życie. Ciągle poznaje i zaspokajam bieżące potrzeby. Większość swoich książkowych pozycji dostałam w prezentach od Najbliższych, albo kupiłam impulsywnie podczas łowów w księgarniach. Wybór kolejnych książek zawsze pozostawiam intuicji. Czasem kluczem okazuje się chwytliwy tytuł albo ładna okładka - to chyba klasyka damskiego gatunku. Rzadko przeglądam recenzje, nie śledzę nowości wydawniczych, ani list bestsellerów. Thorn był wyjątkiem - jasnym, zaplanowanym punktem do przeczytania, zanim wiedziałam kiedy i pod jakim tytułem się ukaże.

Kim jest Jason Hunt?

Jason Hunt, Kominek, Tomek Tomczyk, guru polskiej blogosfery - zwrot, którego używam opisując tę postać moim niewtajemniczonym branżowo znajomym. Nie poznałam Tomka osobiście, ale czuję, że znam go dobrze (jestem tak wyjątkowa w tym stwierdzeniu, jak pozostałe grube tysiące jego fanek). Przeczytałam przecież jego archiwalne blogi i wszystkie książki. Zdążyłam się na niego nie raz wściec i nie raz wirtualnie klepnąć po ramieniu w geście aprobaty za niektóre posty. Zdążyłam uwierzyć mu, że mogę pisać, dlatego zdążyłam już nawet założyć bloga. Zdążyłam pozazdrościć mu wakacji na Zanzibarze, bo ukradł MOJE marzenie. I nawet jego jamnika zdążyłam polubić. Mimo że z założenia nie lubię jamników. Tomek jest doskonale dobry w tym co robi, podejmuje super-świadome decyzje, doskonale zna swoje cele - dzięki czemu trafia w punkt z obieranymi strategiami. Dużego przykładu tego, o czym piszę, nie trzeba szukać dalej jak kilka miesięcy wstecz. Tomek postawił absolutnie wszystko na jedną kartę, zamknął definitywnie wieloletnią przygodę z Kominkiem, na rzecz zupełnie nowej idei, marki Jason Hunt.

Wiele różnych etapów twórczości Tomka mogliśmy śledzić w internecie, zaczynał od kontrowersyjnych postów o relacjach damsko-męskich, dziś jest jedną z najbardziej wpływowych postaci w branży, zaczynając ze swoją dopieszczoną marką światową karierę (trzymam kciuki za #projectmanhattan). Nic więc dziwnego, że zbiera przy sobie specyficzną, wyjątkowo zaangażowaną społeczność.

Jeśli ktoś spodziewał się biografii - niech sobie wygoogluje - to moje indywidualne skojarzenia krążące przy Tomku.

Wszystko i jeszcze więcej u źródła, na jasonhunt.pl

THORN in progress

Pierwsze wzmianki o TEJ książce docierały do nas wieki temu, miała być przełomem w twórczości TT. Zaplanowana i dopracowana w każdym calu, odbiegająca od dotychczas wydanych przez niego poradników, a już na pewno od jakiejkolwiek innej, dostępnej na rynku publikacji. Miała być doskonała, albo miało jej nie być wcale. Miała zakończyć twórczość dla blogerskiego światka i zapoczątkować wymarzoną światową karierę. Wszystko brzmiało doskonale - to były tak duże obietnice, że nie można było nie zaangażować w ten pomysł wszystkich emocji, razem z Tomkiem.

Thorn Jason Hunt recenzja Marta Guzowska lifestyle blog www.martaguzowska (4)

THORN w garści

Kupiłam ją przedpremierowo, 13 sierpnia wyjęłam pachnący egzemplarz z kartonu. Dla pasjonaty pięknych wydań, twardych okładek, grubych kartek i zapachu druku - książka trafiła w punkt (nawet okładka mi pasuje do wnętrza mieszkania - tyle potrzeb zaspokojonych jednocześnie - to nie zdarza się często!). Pozostając przy okładce, gdybym nie wiedziała, że czeka mnie "powieść motywacyjna", jak opisuje Autor, pomyślałabym, że będę miała do czynienia z dziełem fantasy.

Thorn Jason Hunt recenzja Marta Guzowska lifestyle blog www.martaguzowska (3)

Naczytałam się reklam Autora, więc wiedziałam, że muszę spodziewać się wyższego poziomu czytania, wymagającego skupienia i interakcji. W ciszy, żeby nic mnie nie wytrąciło z błogiego stanu zaangażowania, przeczytałam ją jednym tchem, łyknęłam fabułę, poznałam historię. Fabułę, która (jak idiotycznie to nie brzmi) nie jest kluczem do tej powieści. Jest tylko tłem do analiz, głębokich wniosków i prowokacją do działania. Tekst to poligon z zagadkami.

Żeby nic nie pominąć, przyjęłam strategię, która wydała mi się najwłaściwsza - rozłożyłam książkę na dwie warstwy, zrobiłam do niej dwa podejścia. Nazwę je pierwszym i drugim czytaniem.

Przy pierwszym czytaniu skupiłam się wyłącznie na historii, wysłuchałam opowieści podmiotu, poczułam jego emocje. Uśmiechałam się do bohaterów i śmiałam z ich przygód. Za chwilę współczułam głównemu bohaterowi, albo powtarzałam w duchu: "tak, dobrze wiem, o czym mówisz". Czytałam w końcu o szkolnych miłościach, przyjaźniach, problemach z kasą, walce o swoje marzenia - tematach bliskich nam na różnych etapach życia.

W między czasie - podkreślałam najważniejsze dla siebie zdania, rysowałam serduszka przy kluczowych akapitach, dopisywałam notatki na marginesach (to trochę jak czytanie Coelho, choć ten powszechnie uchodzi za słabego i przewidywalnego, a Hunt za chwilę okaże się przełomem na światowych rynkach). Zostałam zmuszona do przemyśleń nad sobą - ich pominięcie odarłoby z mocy wiele wątków, a te - właściwie wykorzystane - są czystą motywacją.

Wtrącając, jestem świeżo po kinowej ekranizacji Małego Księcia, nie rozumiałam w dzieciństwie tej książki, dlatego pomysł na jej nową interpretację - podchwyciłam jako wartościowy. Nie wiem, co Autor Hunt miał na myśli, nie chcę zgarnąć więcej punków za interpretację treści, niż on sam, ale kilka uniwersalnych mądrości skojarzyło mi się wprost z tym klasycznym, małym, książęcym dziełem. M.in.

"Kiedy jest się dzieckiem, można marzyć o zostaniu piłkarzem, znanym aktorem, łowcą dinozaurów czy słynną piosenkarką. Kiedy widzisz takie osoby w telewizji i myślisz sobie - ja już tego nie osiągnę - to znak, że dorosłeś." 

Wszystkie zdania zbiegają się w końcu w epilogu, który wstrząsa, wywraca wszystkie wyobrażenia. Pomaga coś tam zrozumieć, ale nie dość, że nie robi tego kompleksowo, to jeszcze rozbudza nowe fale ciekawskich pytań. Tomek sprytnie otworzył furtkę nowym tomom, nie pozostawiając złudzeń, że można by się teraz obyć bez nich!

Epilog utwierdził mnie w przekonaniu, że trzeba wrócić do niektórych fragmentów, przypomnieć sobie niektóre zdania, pochylić się nad drobiazgiem, który wcześniej, tylko pozornie, niczego nie wnosił. Rozpoczęłam tym samym drugie czytanie z dokładną analizą fragmentów, chcąc znaleźć więcej wskazówek w tekście. To etap na rozkminianie, doszukiwanie się drugich den (takie słowo istnieje?), manipulowanie treścią i wnioskami z niej płynącymi; to czas na numerologie i googlowanie nazwisk; to czas na rozwiązywanie tajemnic, na rozszerzanie podanej treści.

W między czasie drugiego czytania odkryłam grupę na facebooku zrzeszającą ludzi, którzy poczuli podobną rządzę zrozumienia, rozszyfrowania, dostrzeżenia. Więcej info: TUTAJ. A żeby tego było mało, wszystko uzupełnia soundtrack przygotowany przez Autora, przy którym jeszcze lepiej czuje się klimat jego powieści (TUTAJ)! Na niej m.in. jedna z moich ulubionych piosenek życia, The Sound of Silence <3

Tomek zadbał o wszystko. Zmanipulował nas. Ograł. A teraz śmieje się z nas nieudolnie rozszyfrowujących podteksty.

Wszystko, co prowokuje powstawanie nowych połączeń nerwowych, jest warte zainwestowania 55 zł. Kupiliśmy książkę, przeczytaliśmy i przekonujemy innych, żeby zrobili to samo -  ta książka to synonim sukcesu (na podstawie str. 300).

Polecam, Marta Guzowska

PS Tomku, wiem, że mieliśmy nie tłumaczyć tytułu dosłownie, ale nie mogę się oprzeć jednemu skojarzeniu. Czy wiesz, że Thorn to dawna, niemiecka nazwa Torunia? Zakopałeś u nas jakiś skarb?

Thorn Jason Hunt recenzja Marta Guzowska lifestyle blog www.martaguzowska (5)

Thorn Jason Hunt recenzja Marta Guzowska lifestyle blog www.martaguzowska (2)Zdjęcia: Kinga i Marcin Malinowscy whiteberry.com.pl